No products in the cart.
Jeśli spytasz kogoś, gdzie był w Chorwacji, to w większości przypadków usłyszysz „Makarska” lub „rejony Splitu” – zdecydowanie to właśnie ta część Chorwacji cieszy się dużą popularnością wśród Polaków. A to przede wszystkim dlatego, że można tam dojechać autem w około 13 godzin, a sam region oferuje szereg atrakcji turystycznych.
W 2019 podróżowaliśmy w 6 osób, dlatego zdecydowaliśmy się na wynajem busa w Germazie we Wrocławiu – TUTAJ znajdziecie bezpośrednio ich stronę. Koszt wynajęcia na 9 dni 9-osobowego Forda Transita wynosił 2879 zł. Wybraliśmy specjalnie większe auto ze względu na miejsce do spania dla kierowcy oraz… ilość bagaży, które, nie ukrywam, zajmowały sporo miejsca 🙂
Cena obejmowała kilku kierowców, ubezpieczenie w krajach UE, natomiast udział własny w szkodzie wynosił 2000 zł, mieliśmy także limit kilometrów do 6000. Trochę się obawiałam, czy to wystarczy – ostatecznie nawet nie zbliżyliśmy się do limitu, choć faktycznie bardzo dużo jeździliśmy. Istniała także możliwość podstawienia i odebrania auta za 100 zł netto w dni robocze, jednak nie skorzystaliśmy z tej opcji. Z dodatkowych rzeczy dokupiliśmy jedynie zieloną kartę za 50 zł i mycie auta po odbiorze (100 zł).
Jeśli planujecie przyjechać do Chorwacji w szczycie sezonu (tj.lipiec – sierpień), powinniście zarezerwować hotel parę miesięcy wcześniej. W 2019 zaczęliśmy szukać noclegu dosyć późno – dopiero 4 miesiące przed wyjazdem i muszę przyznać, że było nam ciężko znaleźć apartament dla 6 osób w rozsądnej cenie i standardzie. Ostatecznie stanęliśmy przed wyborem: apartament w stylu PRL tuż nad wodą, ale w bardzo turystycznej miejscowości lub tańszy apartament w super standardzie, ale w małej mieścinie, 30 min autem od Baskiej Wody. Tym razem podróżowaliśmy rodzinnie, więc wybraliśmy fajniejszy apartament w Imotski i bardzo wam go polecamy! Trzy sypialnie, dwie łazienki, duży salon połączony z kuchnia, taras i bardzo miła właścicielka – nie dość, że powitano nas domowym winem, w lodówce czekały schłodzone napoje, to dostaliśmy jeszcze cukinie, papryczki, pomidory i ogórki prosto z jej ogródka – byliśmy zdziwieni, że Chorwaci są aż tak bardzo gościnni!
Jak się okazało, Imotski nie było wiochą zabitą dechami, wręcz przeciwnie. Koło naszego apartamentu była kawiarnia, restauracje, dużo sklepów oraz uroczy ryneczek. Żadnych turystów, sami miejscowi, od których można było nawet kupić bimber na targu w wielkiej plastikowej butli (oczywiście mój tata nie omieszkał się go zakupić ;)).
Główną atrakcją Imotski jest jezioro krasowe „Blue Lake”. Jednak akurat te miejsce zostawiliśmy sobie na sam koniec. Jakoś tak wychodziło, że z rana z zapałem powtarzaliśmy „tak, tak, gdy wrócimy z XXX, musimy pójść i zobaczyć te jezioro”, lecz wieczorami za każdym razem brakowało nam sił i motywacji. W końcu jednak udało nam się je zobaczyć.
Jezioro jest położone na wysokości 342m n.p.m, więc spacer w dół zajmie nam około 30 min wolnym tempem. Jak zwykle, polecam zabranie odpowiednich zakrytych butów, bo mój klapek nie wytrzymał tej próby 😉 Same jezioro jest cudownie turkusowe i można się w nim kąpać. Wstęp kosztował ok. 15zł dla dorosłych w 2019 i o ile dobrze pamiętam, w ramach tego biletu można było jeszcze zobaczyć Jezioro Czerwone – jedno z największych jezior krasowych na świecie. Niestety, Blue Lake zwiedzaliśmy wieczorem tuż przed naszym wyjazdem i czasowo nie daliśmy rady dotrzeć do drugiego jeziora. A szkoda.
Udało nam się zobaczyć:
Trogir jest małym klimatycznym miasteczkiem, a wąskie uliczki mogą kojarzyć się z Wenecją. Zresztą bardzo słusznie. Trogir był pod panowaniem weneckim, co zostawiło swój ślad w architekturze tego miasta. Gdy wędrujemy po średniowiecznej starówce, która notabene znajduje się na wyspie, co chwilę szturcham K. lub moją siostrę, mówiąc: „Ej serio, coś takiego widzieliśmy w Wenecji! A to? No naprawdę jakbym była w Wenecji.” Wszyscy cierpliwie potakują, prawdopodobnie nie mogąc już mnie więcej słuchać.
Starówka wychodzi na port, gdzie możemy przejść się dosyć długą promenadą wzdłuż palm. Możemy też wybrać się na sąsiednią wyspę Ciovo, która jest połączona z Trogirem mostem. Dużo osób decyduje się na nocleg w tym miejscu ze względu na bliskość plaż i dobre połączenie z Trogirem.
Na obiad udajemy się do Splitu. Parkujemy koło portu, ponieważ niedaleko znajdowała się knajpka Konoba Matejuska, którą znalazłam na pewnym blogu podróżniczym. Pech chciał, że wszyscy akurat zamawiamy to samo danie – makaron z krewetkami. Mimo naszych najszczerszych chęci (bo bardzo nie lubimy takich sytuacji) po kilku gryzach stwierdzamy, że nie da się niestety tego zjeść. Nie czuć krewetek, tylko smak spalonego czosnku i ryby. Niestety musimy podziękować. Super głodni postanawiamy, że bezpieczną opcją będzie pizza. W końcu wpływy weneckie gościły także w Splicie i ponoć grzechem byłoby nie zjeść tutejszej pizzy lub makaronów. Wybieramy Pizzeria Bokamorra (Trumbićeva obala 16, 21000, Split, Chorwacja) – stylowe wnętrze, bardzo dobra pizza i miła obsługa. W końcu najedzeni, możemy zacząć zwiedzanie!
Idąc wzdłuż promenady i głównego portu, mijamy deptak Marmontova, na którym znajduje się neorenesansowy budynek Prokurative (Trg Republike).
Główne atrakcje są wokół siebie, więc po paru minutach docieramy do Pałacu Dioklecjana. Zanim jednak wejdziemy do środka, podziwiamy Złotą Bramą oraz ogromny pomnik biskupa Grzegorza z Ninu. Ponoć potarcie jego dużego palca u lewej nogi przynosi szczęścia. Szybkie zdjęcia, tarcie palucha i wchodzimy do pałacu. Co ciekawe, to właśnie jego mury wyznaczają obszar starówki, a uliczki , po których idziemy, były korytarzami pałacu. Niesamowite wrażenie.
W planach mieliśmy udanie się na samą górę Katedry Św. Dujama, jednak kolejka jest dosyć duża i stanie w tym upale jest ponad nasze siły. Niemniej jednak widok ponoć warty czekania. Bilety są w cenie 55kun/osoba dorosła.
Następnie idziemy do Peristil otoczonego kolumnami korynckich, który jest centralnym placem pałacu. Znajdziemy tam rzeźby z Egiptu, m.in posąg sfinksa.
Następnie przechodzimy do Westibul – cylindrycznego przedsionku cesarskiej rezydencji. Stąd możemy udać się do podziemi – zwiedzanie jest jednak płatne – 45 kun/osoba dorosła.
Na sam koniec idziemy na lody do Luka – Ice Cream & Cakes (Ul. Petra Svačića 2, 21000, Split, Chorwacja.), po drodze mijając teatr. Lody były turbo dobre, ładnie też wyglądały ciasta. Jednak po takiej dawce cukru, nie mamy już na nie miejsca.
Będąc w Omisiu koniecznie musicie zobaczyć starówkę i punkt widokowy – fortece Starigrad. Widok niesamowity. Idąc szlakiem ze starego miasta, powinno wam to zająć jakieś 20 min. Wstęp kosztuje 15kun od osoby.
Jeśli zgłodniejecie, polecamy wam restauracje Bastion (Fošal ul. 9, 21310, Omiš, Chorwacja), która znajduje się na starówce – zjecie tu pyszną, świeżą rybę.
Po obiedzie możecie także udać się na pobliską piaszczystą plażę Punta – pech chciał, że akurat trafiliśmy na jedyny deszcz w czasie naszego pobytu i niestety musieliśmy zrezygnować z opalania.
Dojazd z rejonów Makarskiej zajął nam ok.1,5 godziny autem (kierunek Szybenik).
Zależało nam na zobaczeniu głównej atrakcji, czyli wodospadu Skradinski Buk, dlatego też zaparkowaliśmy w miejscowości Skradin. Stamtąd dzieliło nas już ok. 4 km do wodospadu – zdecydowaliśmy się popłynąć stateczkiem, który dopływa praktycznie pod samo kąpielisko.
Bilety kosztują w sezonie 200 kun/osoba dorosła i prom kursuje tylko w określonych godzinach:
Godziny otwarcia znajdziecie TUTAJ.
Weźcie pod uwagę to, że w szczycie sezonu jest mnóstwo turystów, a biletów nie kupuje się na daną godzinę. Jeśli decydujecie się na ostatni prom z wodospadu, to ustawcie się w kolejce odpowiednio wcześnie. My byliśmy 15 min przed czasem, a przed nami stało już bardzo dużo osób. Chociaż na 16:30 przypłynęły aż dwie łódki, to nie udało się zabrać 5 osób, które przyszły na „ostatnią chwilę”.
Na wycieczkę zabierzcie ze sobą mały prowiant i wodę – oczywiście na miejscu są budki z jedzeniem, ale wiadomo, ceny są bardzo wysokie, a jedzenie nie powala. My zabraliśmy ze sobą także stroje do kąpieli i buty oraz ręcznik, ponieważ mieliśmy w planach kąpiel przy wodospadzie. Prawdopodobnie była to jedna z ostatnich szans, aby skorzystać z tej atrakcji, ponieważ od 2021 ma obowiazywać ponoć zakaz kąpieli. I w sumie mnie to nie dziwi.
Przyznam szczerze, że w wodzie był tłum ludzi, a prądy były wyjątkowo silne. Uważam, że bardzo dobrze pływam, jednak po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z takim żywiołem i trochę spanikowałam – choć woda sięgała mi zaledwie do pasa, nie mogłam utrzymać się w miejscu, kosztowało mnie to bardzo dużo siły. Ostatecznie stwierdziłam, że odpuszczam, bo nie dam rady popłynąć do końca. Zresztą nie jestem pewna, czy gra była warta świeczki. Przed wycieczką myślałam, że będziemy mogli podejść tuż pod sam wodospad, jednak nie było to możliwe – kilka metrów przed wodospadem postawiono linke, której nie można było przekraczać.
Wodospadowi mogliśmy przyjrzeć się jednak z bliska, podążając szlakiem, który jest bardzo urozmaicony – trochę schodów, trochę mostków, a to wszystko otoczone niesamowitą florą i fauną. Po drodze możemy także zobaczyć młyny wodne z XIX wieku oraz klasztor Franciszkanów z XV wieku.
