Traveletter
Nie przegap dawki podróżniczych inspiracji i otrzymaj -10zł zniżki na ebooki!
No products in the cart.
Bangkoku przylecieliśmy do Krabi liniam Smile Thai- lot trwał 1:20 min, a bilety kosztowały 220 zł z 20 kg bagażem rejestrowanym. W cenie zawarta była woda oraz kanapki z kurczakiem i ananasem. Były trochę dziwne, bo niebieskie i niezbyt smaczne. Niestety nigdy nie zrozumiem fenomenu robienia kanapek z chleba tostowego.
Jeszcze przed lotem warto popryskać się Muggą. Na Krabi jest strasznie dużo komarów. Zostaliśmy mocno pogryzeni, nawet nie wiem kiedy – czy już na lotnisku czy w autobusie.
Z lotniska musieliśmy się dojechać do Ao Nang – do wyboru mieliśmy taksówkę lub zbiorowy transport mini busikiem.
W Krabi było ich niewiele, więc ciężko było o negocjację. Ostatecznie udało nam się trochę zejść z ceny i pojechaliśmy do Ao Nang za 500bht/ 4os. Zjedliśmy tam szybki obiad, po czym kupiliśmy bilety na łódkę – nasz hotel Phutawan Ressort znajdował się na Railey i to była jedyna możliwość dostania się tam. Bilety można kupić tuż koło plaży – cena 100bht/os.
Podróż łodzią była dla mnie hardcorem. Nie było przystani, więc trzeba było wejść do wody po uda, żeby do niej wsiąść.
Taka łódka wygląda dosyć niepozorne, jednak szybko się nią płynie – wiatr wieje po uszach, trzymasz się swojego siedzenia, a raczej deski, myśląc, że jeśli wypadniesz z tej łodzi, to przynajmniej umiesz pływać.
Woda rozpryskuje się wokół, ale jeśli siedzisz w dobrym miejscu, to nie zmokniesz. Ja nie zawsze miałam taką okazję 😉 W pewnym momencie Tajowie zaczęli pokrzykiwać, zbliżała się do nas kolejna łódź. Okazało się, że jest przesiadka. Po środku niczego. Facet za mną wstał i zaczął przechodzić do drugiej łodzi. Nigdy w życiu czegoś podobnego nie widziałam xd
W końcu udaje nam się dotrzeć na Railey. Próbujemy ustalić na GPSie, gdzie znajduje się nasz hotel, jednak bezskutecznie. Wypytujemy ludzi, ale nikt nic nie wie.
Idziemy więc przed siebie, zaczepiając jeszcze parę osób. Pokazują nam kierunek – wychodzi na to, że czeka nas jakieś 20 min marszu przez dżunglę i to pod górę. Jesteśmy wykończeni, woda nam się skończyła, ale widoki dziczy rekompensują wszystko. Po drodze mijamy jaskinie oraz dużo różnych małpek.
Docieramy do hotelu, gdzie miłe pani częstują nas słodkim napojem i prowadzą do naszych pokojów – są one pięknie urządzone, mamy też do dyspozycji taras otulony przez palmy i inną roślinność. Hotel jest położony na wzgórzu i ma rewelacyjny widok na morze. Do tego przepyszne śniadania – to był strzał w dziesiątke i nasz najlepszy nocleg podczas całego wyjazdu.
Apartament w takim miejscu był wspaniałym pomysłem, ponieważ niewielu turystów decydowało się na nocleg na Railey, dlatego też późnym popołudniem plaża pustoszała i można było cieszyć się ciszą i spokojem.
Jest tu sporo dobrych knajpek i bardzo dużo miejsc, gdzie można kupić trawę i różne grzybki – narkotyki są surowo zakazane w Tajlandii, można za to trafić do więzienia, dlatego zdziwiło nas to, że tutaj można było kupić je tak jawnie.
Zostaliśmy tylko jedną noc, czego niezmiernie żałujemy. W dniu wymeldowania mogliśmy oddać nasze bagaże do schowku i poszliśmy na plaże. Co ciekawe, nie ma tu żadnych śmietników. Ani przy plaży, ani przy deptaku koło wielu restauracji – gdy braliśmy coś na wynos, po zjedzeniu musieliśmy odnosić opakowania z powrotem do knajpki, bo nie mieliśmy gdzie ich wyrzucić. Późnym popołudniem wróciliśmy do hotelu po nasze bagaże – nasz ostatni prom miał być o 18, a obsługa hotelowa była na tyle miła, że mogliśmy przebywać na basenie do tego czasu.
Ogólnie jestem osobą, która zawsze sprawdza wszystko milion razy. Nawet jak coś sprawdzę, to za jakiś czas to sprawdzam jeszcze raz -w końcu za pierwszym razem mogłam źle sprawdzić (pozdrawiam moją nerwicę!). Na Railey stwierdziłam – w końcu są wakacje, odpuszczam więc nie sprawdzam ostatniej godziny promu. Moja nerwica natręctw była jednak silniejsza i weszłam na stronę rozpiski łodzi. Okazało się, że wcześniej przeczytałam rozkład do lutego, a od marca obowiązywały inne godziny. Ostatni kurs był o 17, była już godzina 16:40. A my w strojach kąpielowych leżymy przy baseniku, zupełnie nie ogarnięci. W jednej chwili zebraliśmy się. Chłopaki biegli z bagażami, a ja z moją siostrą pędem popędziłyśmy przodem, żeby zatrzymać łódź. Bieg w japonkach – mocno nie polecam jak coś. Ale jakoś udało się i dopłynęliśmy do Krabi!
Nie przegap dawki podróżniczych inspiracji i otrzymaj -10zł zniżki na ebooki!
