No products in the cart.
Do Czarnogóry przymierzaliśmy się w ubiegłym roku – niestety, mając apartament w pobliżu Makarskiej, daleko nam było do Dubrownika, a co dopiero do Czarnogóry. Wtedy udało nam się pojechać tylko do Bośni i Hercegowiny, jednak ten bałkański kraj nadal znajdował się na naszym celowniku.
Mieszkając tuż pod Dubrownikiem, aż żal byłoby nie pojechać chociaż na jeden dzień do Czarnogóry. To w końcu tylko godzina drogi. Jak się jednak okazało, to nie dystans, a epidemia miała stanowić dla nas problem.
Będąc w Chorwacji, stale monitorowaliśmy sytuacje w Czarnogórze – zwiększającą się ilość przypadków zarażeń, inne kraje wprowadzające kwarantanne dla turystów powracających z tego kraju. Polska i Chorwacja także odradza swoim obywatelom wjazd do Czarnogóry. Jechać czy nie jechać? Zostało nam 3 dni urlopu i trochę głupio byłoby pojechać i wylądować na kwarantannie za granicą. Czytam polsko-chorwackie komunikaty ministerstwa. Wychodzi na to, że chyba można przekroczyć granice, ale jak będzie z powrotem? Czy Chorwaci nas wpuszczą? W końcu zamknięto już granice z Bośnią. Dzwonie do polskiej ambasady w Chorwacji. Pani jest mocno zirytowana, chyba musi odbierać dziennie dużo takich telefonów: -Proszę sprawdzić na stronie. Obywatele Polski mogą wjeżdżać do Chorwacji. -No tak, ale czy z Czarnogóry tez mogę wjechać bezproblemowo? – pytam, bo komunikat nie jest dla mnie jasny. – Wszystkie informacje są na stronie. Jeśli ma Pani polskie obywatelstwo, może Pani wjechać skąd chce. – Koniec rozmowy.
Ok, w takim razie jedziemy.
Choć Czarnogóra nie należy do krajów członkowskich Unii Europejskiej, to można tam wjechać bez paszportu, jeśli nasz pobyt nie przekracza 30 dni – w tym przypadku potrzebny jest nam tylko dowód osobisty.
Obowiązująca walutą jest euro.
Niestety ze względu na napięty grafik dnia i trochę brak dogadania się, byliśmy tam bardziej przejazdem. Wielka szkoda, ponieważ miasteczko zrobiło na nas bardzo dużo wrażenie. Udało mi się jednak zrobić parę zdjęć!
To właśnie Kotor był naszym miejscem docelowym. Trasa jest fantastyczna, ponieważ Kotor leży w zatoce – wysokie góry, wyspy z kapliczkami, piękny odcień morza – kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia.
Cóż, niekoniecznie polecamy wam akurat miejsce, które my wybraliśmy, ponieważ okazało się nielegalne (choć do dzisiaj jest to tak naprawdę kwestia sporna). Zaparkowaliśmy przed centrum handlowym Shopping Centre Kamelija, 10-15 min pieszo od starówki, koszt 1 EUR za każdą rozpoczęta godzinę. Gdy po zwiedzaniu miasta chcieliśmy zapłacić Panu w budce, okazało się, że parking jest ponoć tylko dla klientów centrum. Musieliśmy się tłumaczyć, ponieważ sugerowaliśmy się poniższym znakiem. Ostatecznie udało nam się zapłacić według podanej stawki, daliśmy też Panu napiwek, tak na wszelki wypadek 😉
Kotor znajduje się na liście UNESCO i jest jednym z niewielu miast w południowo-wschodniej Europie, które może poszczycić się tak dobrze zachowanymi budynkami średniowiecznymi. Już z daleka można zobaczyć mury miejskie, które otaczają stare miasto i łączą się z twierdzą Św. Jana (wejście 8 EUR + zdecydowanie dobra kondycja przy takim upale).
Według miejskiej legendy Kotor zawdzięcza swą nazwę dzięki kotom, które zagościły w mieście na dobre, gdy uderzyła w nie plaga szczurów. Obecnie koty zajmują honorowe miejsce w tym mieście – spokojnie wylegują się na ulicach, a pamiątki z ich podobiznami można kupić w zasadzie w każdym sklepie.
Po raz pierwszy zdarzyło się nam wejść do restauracji za namową właściciela. Co prawda, nie tak od razu, tylko po krótkim namyśle (czytaj: chodziliśmy w kółko przez 15 min i nie udało nam sie znaleźć nic fajnego). Uznaliśmy to za dobry znak to, że w knajpce „Konoba Marinaio” są jacyś turyści (co było dosyć niespotykane, ponieważ miasto było niczym wymarłe), a pizza wyglądała zachęcająco.
Wybór okazał się świetny – pizza była bardzo smaczna, jednak to właściciel zrobił prawdziwą furorę! Co chwile żartował, opowiadał o Kotorze, wkręcał nas, że tak na prawdę, to Kotor należy do Mołdawii . Dodatkowi dowiedzieliśmy się, że był w Polsce, bardzo podobała mu się Warszawa, ma tam znajomych, uwielbia Lewandowskiego, ale przede wszystkim…to u niego zjemy najlepszą pizze w mieście, ba, na świecie! Nie był nachalny, też pytaliśmy o wiele rzeczy i bardzo miło nam się rozmawiało. Na samym końcu poczęstował nas kraftowym piwem (niestety nie zrobiłam zdjęcia).
Zdecydowanie polecamy wam to miejsce – smacznie i gościnnie!
Po zwiedzaniu miasta i obiedzie wybraliśmy się na punkt widokowy. Do pokonania mieliśmy ponad 20 serpentyn. Szczerze, to ponad 20 cholernych serpentyn. Wszystkim kręciło się w głowie, raz mieliśmy dosyć niebezpieczną sytuacje (wspominałam, że jest dosyć wąsko?), jednak widok rekompensował wszystkie niedogodności.
Podczas sesji zdjęciowej, przyjechali kolejni turyści. Polacy. Wiadomo, szybki small talk (gdzie się zatrzymaliście, jak długo już tu jesteście, a gdzie teraz jedziecie) i trochę narzekania na covida. Po chwili zagadują: Ale wiecie, że minister ogłosił dzisiaj o 12:00 zakaz lotów do Czarnogóry? – przełykam ślina, w głowie mając już najgorszy scenariusz. Mam nadzieje, że nie będzie problemu z powrotem do Chorwacji, a w Polsce nie czeka na nas kwarantanna. Póki co, jedziemy dalej.
Przed wyjazdem z Czarnogóry, chcieliśmy jeszcze zobaczyć widok z pocztówek, czyli wyspę Świętego Stefana. Przejeżdżając przed Budve, byliśmy bardzo zdziwieni. Slyszałam co prawda, że to jedno z najdroższych miejsc w Czarnogórze, jednak nie spodziewałam się aż takiej ilości luksusowych 5-gwiazdkowych hoteli i fancy restauracji.
