U

ff, po 15 godzinach podróży samolotem w końcu wylądowaliśmy o godzinie 13 czasu lokalnego w Bangkoku. Pierwsza myśl? Jak najszybciej dotrzeć do hotelowego pokoju, wziąć prysznic, chwilę odpocząć i ruszyć na miasto. Jednak wcześniej musieliśmy przebrnąć przez jedno z największych lotnisk na świecie.

Kontrola paszportowa

Przed podróżą naczytałam się i nasłuchałam od znajomych, że, o matko, że kontrola paszportowa, że przesłuchają, że nagrywają, że państwo policyjne i że w ogóle jedna wielka masakra. Tak więc dosyć przestraszeni zaczęliśmy szukać tego miejsca. Po drodze minęliśmy długą kolejkę dla imigrantów z Afryki, następnie zobaczyliśmy wielgaśną kolejkę do kontroli paszportowej. Nie wypełniliśmy wizy podczas lotu z względu na brak długopisu, dlatego też stanęliśmy z boku i szybko uzupełniliśmy nasze dane.

Jeśli nie jesteście pewni czegoś lub nie wiecie, co wpisać, to nie martwcie się. Celnicy nie sprawdzają bardzo dokładnie pobocznych pytań typu, gdzie będziecie mieszkać w Tajlandii. Wystarczy podać adres pierwszego zakwaterowania. Niemniej jednak wszystkie dane powinny być zgodne ze stanem faktycznym. Jeśli zapomnicie o jakimś polu, to zostanie one zaznaczone zielonym markerem przez panie kontrolerki. Podchodzą one do każdej osoby z kolejki i sprawdzają, czy na pewno wszystko zostało uzupełnione, zanim ktoś podejdzie do okienka.

Szczerze mówiąc, byłam rozczarowana samą kontrolą. Wyobrażałam sobie, że to będzie coś w stylu przesłuchania, w zamkniętym pokoju, będą mnie nagrywać i czujnie obserwować. Pan za okienkiem nie był jednak jakoś wyjątkowo zainteresowany moją osobą (co nie powinno dziwić, pewnie byłam kilkusetną osobą sprawdzaną przez niego). Posprawdzał jakieś dane, kazał się popatrzeć do kamerki, zlustrował mnie szybkim przenikliwym wzrokiem, oderwał część wizy, włożył ją do paszportu (lepiej jej nie zgubić!) i mogłam ruszać dalej, odebrać mój bagaż. Całośc trwała 2-4 minuty.

Wymiana pieniędzy & zakup karty

Po odebraniu bagażu poszliśmy wymienić pieniądze. Pamiętajcie, że warto zabrać ze sobą nowe, a przede wszystkim niezniszczone 100 dolarówki, ponieważ wtedy kurs jest najkorzystniejszy.

Przed podróżą na forach przeczytałam sprzeczne opinie dotyczące kantorów – że SuperRich na poziome -1 jest najtańszy lub że wszystkie kantory na lotnisku mają ten sam kurs, jednak najbardziej opłaca się wymienić pieniądze na lotnisku, na mieście jest drożej. Jak jest naprawdę?

Wszystkie kantory na lotnisku mają tę samą cenę (na dzień 22.02.2019 to 31,5bht), jednak korzystniej jest wymienić pozostałe dolary poza lotniskiem. Cena z Khan San Road – 31,38bht z dnia 22.02.2019, Ao Nang – 31,1 z dnia 29.02.2019). To są jednak dosłownie groszowe sprawy, pamiętajmy, że 1 bht to 12 gr. Wymieniliśmy więc większość pieniędzy na lotnisku i od razu poszliśmy kupić karty do telefonu.

Jak się okazało 18GB na 15 dni to było dla nas za dużo. Wykorzystaliśmy niecałe 10GB, korzystając głównie facebooka, stron internetowych i rzadko słuchając muzyki. Plus użyczaliśmy internetu jeszcze naszym znajomych, więc wynik jest całkiem niezły. Oczywiście wszystko zależy od potrzeb, my raczej korzystaliśmy z internetu wieczorem lub gdy potrzebowaliśmy szybko znaleźć jakiś adres lub coś sprawdzić. Myślę, że warto kupić taki pakiet. Wifi jest dostępne w hotelach, jednak wiadomo, hotel hotelowi nierówny i bywa różnie. Karta nie jest droga, a nie raz możliwość skorzystania z internetu pomogła nam, gdy nie było wifi.

Taksówka na lotnisku

Gdy już mieliśmy nową kartę, wyszliśmy na zewnątrz w poszukiwaniu taksówki. Pierwsze wrażenia? Okropna duchota. W moim przypadku do tego stopnia, że nie mogłam złapać tchu. Plus ekstremalnie gorąco. Serio. Szczególnie, gdy przylatuje się w lutym z Polski, to temperatura 35 stopni może zszokować.

Lekko zdezorientowani zaczęliśmy szukać taksówki. Okazało się, że nie można jej złapać bezpośrednio na ulicy, tylko trzeba ją zamówić na piętrze -1. Musicie ustawić się w jednej z trzech kolejek: short distance (do kilku kilometrów), standard distance i large taxi. Wybraliśmy kolejkę numer dwa, ponieważ nasz hotel znajdował się ponad 40 km od lotniska. Następnie na końcu kolejki pobraliśmy karteczkę z numerem naszego taksówkarza.

Tutaj musze przerwać i zaznaczyć, że dużo czytałam o naciągaczach i o tym, że ogólnie trzeba się targować, a przede wszystkim prosić kierowców o włączenie taksometra, bo wtedy kurs jest najkorzystniejszy. W sumie każdy z nas to wiedział. Dlatego też nasze zachowanie mogę jedynie usprawiedliwić szokiem pogodowym, zmęczeniem i lekkim zdezorientowaniem. W każdym razie poprosiliśmy taksówkarza o włączenie licznika, który był zakryty dosyć ostentacyjnie ściereczką. Kierowca zaczął tłumaczyć, że nie można, że na lotnisku obowiązują inne zasady i że wszystkie przejady kosztują 700bht, ponieważ zawierają już one wszystkie opłaty za autostrady. Na dowód tego wyciągnął z auta zielony „czek” ( w zasadzie dziwnie wyglądało i trudno mi to nazwać), gdzie faktycznie widniało wydrukowane 700bht. Co raz bardziej zdezorientowani, zaczęliśmy pytać, że jak to, że czytaliśmy, że taksometr musi być przecież włączony, na co Pan znowu zaczął mówić to samo. Lekko zirytowani i już spoceni, zastanawialiśmy się, co mamy zrobić. Nie wiedziliśmy, czy można wezwać inną taksówkę, nie mieliśmy Graba, a już na pewno nie wchodziło w rachubę cofanie się do wielgaśnej kolejki po numerek innego kierowacy. Po krótkiej dyskusji zgodziliśmy się. Jak się później okazało, taksówkarz nas okłamał i dużo przepłaciliśmy 😉

Jadąc taksówką chłonęliśmy miasto. Duże korki, mnóstwo ludzi i ogromne, nowoczesne wieżowce. Nasz Wrocław wydawał się przy Bangkoku maluteńkim miasteczkiem, dużo bardziej zacofanym. Momentami wielkomiejska dżungla przeplatała się ze slumsami. Po drodze minęliśmy dosyć poważny wypadek skutera – nie dziwiło nas to, ponieważ przed wyjazdem czytaliśmy, że niestety większość wypadków drogowych jest z udziałem skuterów. Naszą uwagę przyciągnęły również wielkie supły kabli zwisające tuż nad ulicami:

Kolejny kontrast w tym mieście – wszystko takie nowoczesne, ale na kable nie ma miejsca. Zastanawialiśmy się, jak sytuacja będzie wyglądać na parę lat – wokół buduje się co raz więcej wieżowców, będzie więcej ludzi i… jeszcze więcej kabli?

Jadąc przez miasto, co jakiś czas widzieliśmy portrety króla. Jest to ciekawy element tajskiej kultury. Wizerunki króla można znaleźć na każdym kroku – na budynkach, szpitalach, na środku drogi, w restauracjach i hotelach. Tajowie bardzo go kochają, jest przez nich wręcz ubóstwiany, dlatego też należy raczej unikać negatywnych komentarzy na jego temat i szanować jego wizerunek. 

Khao San Road

W końcu po niecałej godzinie (jechaliśmy niecałe 50 km z lotniska) dotarliśmy do naszego hotelu Dang Derm. Hotel wybraliśmy głównie ze względu na jego lokalizację i pod tym względem na pewno możemy Wam go polecić. Więcej o tym hotelu pisałam w poprzednim wpisie.

Początkowo miałam jednak wiele wątpliwości co do hotelu na Khao San Road. Nie lubimy imprez i raczej cenimy sobie spokój na wakacjach. Jednak opcja dobrej bazy wypadowej była bardzo kusząca i w końcu wybraliśmy ten hotel. Gdy tylko wysiedliśmy z taksówki, zostaliśmy zaatakowani przez masę naganiaczy. Gdy tylko zobaczyli na naszych plecach ogromne plecaki, proponowali, że nas gdzieś podwiozą. Nieważne, że taksówkarz zatrzymał się tuż pod hotelem xD. Zaczęliśmy się rozglądać za nim, jednak ulica była tak kolorowa, pełna szyldów, że nie mogliśmy się połapać, gdzie jest nasz hotel. 

Gdy w końcu udało nam się go umiejscowić, zaczęto nam proponować kupno garniturów. Tak, serio. GARNITURÓW. W miejscu, gdzie jest niemożliwie parno i gorąco, ktoś chce, żebyśmy kupili garnitury. Byliśmy lekko zszokowani, jak ktoś mógł wpaść na taki biznes w takim miejscu. Jednak okazuje się, że faktycznie kupno garnituru czy wieczorowej sukni jest dużo tańsze niż w Polsce i dużo turystów decyduje się na zakup. Co więcej, ponoć zamożniejsi Tajowie kupują takie ubrania i chodzą w nich na co dzień. Wynika to z tego, że w prawie każdym miejscu jest klimatyzacja. W ich mieszkaniu, w samochodach, taksówkach lub busach, w każdym sklepie i biurze. No wszędzie! Najgorsze jest to, że Tajowie na maksa ustawiają klimatyzacje. Nawet do 20 stopni, gdy na zewnątrz jest 38, co kilka razy dało nam w kość.

Garnitury to jedna z mniej popularnych „atrakcji” na Khan San Road. Na ulicy jest kilka sklepów 7 Eleven, są kluby, restauracje, mnóstwo foodtracków, masaże, lady boye, sklepy z pamiątkami i różnymi przeróżnymi rzeczami (trochę mi to przypominało stragany nad polskim morzem). 

Z dziwnych rzeczy można kupić lub zobaczyć:

  • figurki wykonane z puszek po piwie Chang.
  • mięso z krokodyla – uważam jednak, że to był fake i pewnie sprzedawali kurczaka. Wywieszony krokodyl był prawdziwy, jednak wyglądał identycznie, jak na zdjęciu, które widziałam miesiąc wcześniej na jednym z forum o Tajlandii.
  • zjeść skorpiona i innych robale – uważajcie, bo za zdjęcia nawet wykonane własnym telefonem należy zapłacić.
  • tajską wersję McDonalda
  • chipsy w 7 eleven o smaku sushi lub jajka. Jajko było ok, ale chipsy sushi smakowały rybą i były okropne.
     

Po przylocie byliśmy bardzo głodni i na pierwszy ogień poszedł pad thai. Do tego zamówiliśmy wodę kokosową podawaną w kokosie. Siedząc na plastikowych rozkładanych krzesełkach i czekając na jedzenie, chłonęliśmy ulice. Ja osobiście nadal przeżywałam szok kulturowy i starałam się nie skupiać na tym, że pan, który brał ode mnie pieniądze, wydawał mi resztę i bez żadnych skrupułów wrócił do przygotowywania jedzenia bez umycia rąk. Starałam się także zignorować karalucha, który przebiegł mi po stole. Pogoda i zmęczenie po locie dawało w kość, tłum ludzi przewijał się przez ulice. Kątem oka zobaczyłam stragan ze sławnymi durianami i mangostanem.

 

Jeśli chodzi o street food to ceny są bardzo niskie. Przykładowo tutaj pad thai kosztował 6zl. Niestety często jest tak, że przekłada się to na jakość. Na Khao San Road zjedliśmy jeszcze pad thaia w tym miejscu i bardzo nam smakował, ale najlepszego jedliśmy w restauracji za 18-25zł, czyli 3-4 razy drożej niż na ulicy.

Najedzeni pokręciliśmy się jeszcze chwilę po ulicy, powoli ogarniając otaczający nas chaos.  Stwierdziliśmy, że to wszystko ma jednak swój urok i niepowtarzalny klimat. Zjedliśmy kolejnego pad thaia, tym razem smacznego i poszliśmy odpocząć w basenie.

Dzień drugi – Grand Palace, Wat Pho i Wat Arun, czyli zwiedzanie świątyń

Tego dnia postawiliśmy na zwiedzanie kompleksu świątyń, czyli absolutne must-see w Bangkoku. Poniżej znajdziecie garść informacji o świątyniach.

Grand Palace

Jest to kompleks świątynny zbudowany w 1782 roku, w którym przez około 150 lat zamieszkiwał król. Swoją siedzibą miał tam również królewski sąd oraz rząd. Mimo tego, że królowie przestali mieszkać w nim od XX wieku, to w pałacu nadal odbywają się różne ceremonie (m.in. koronacja króla) i pozostaje on szczególnym miejscem na mapie Bangkoku. Choć główną atrakcją jest szmaragdowy Budda (Emerald Budda, czyli Wat Phra Kaew) pochodzący z XIVw., to cały kompleks świątynny zachwyca swą niepowtarzalną architekturą z bogato zdobionymi ornamentami.

Mimo żaru lejącego się z nieba, musicie pamietać o stosownym ubraniu, inaczej nie zostaniecie wpuszczeni do świątyni. Ramiona i kolana powinny być zakryte. Buty mogą być odkryte. Nasi panowie niestety ubrali krótkie spodenki i musieli zakupić spodnie typowego turysty w Tajlandii, czyli spodnie ze słoniami! Ich koszt to 200 bht.

Bilet wstępu: 500 bht dorośli
Lokalizacja: Na Phra Lan Road, Old City (Rattanakosin)
Godziny otwarcia: 8:30- 15:30

Polecamy poranne zwiedzanie ze względu na mniejsza ilość osób oraz temperaturę. Byliśmy na miejscu o godzinie 9, a i tak czekaliśmy w kolejce do wejścia, a z biegiem czasu do kompleksu przybywało co raz więcej osób. Zabierzcie ze sobą też coś do picia!

Pamiętajcie, że przy wejściu do szmaragdowego Buddy należy zdjąć obuwie, panuje tam także restrykcyjny zakaz robienia zdjęć, ponieważ jest to miejsce szczególne dla Tajów, którzy się tam modlą. Naszemu znajomemu udało się zrobić nielegalnie parę ujęć. Zachęcam was jednak do szanowania tego zakazu i powstrzymanie się od robienia zdjęć. Zapewniam was, że w całej Tajlandii zobaczycie jeszcze dużo wizerunków Buddy i będziecie mieli szanse go sfotografować.

Istotne jest również to, by nie dać się oszukać. Po drodze do Grand Palace spotkaliśmy właściciela tuk tuka, który zaczepił nas i powiedział, że Grand Palace jest dzisiaj zamknięty, co było oczywiście kłamstwem.

O tym jak zostaliśmy oszukani w Tajlandii

Wiedząc o takich oszustwach i tak daliśmy się nabrać, szukając Wat Pho. Po wyjściu z Grand Palace podeszliśmy do mapki i zaczęliśmy się zastanawiać czy najpierw udać się do Wat Arun czy jednak lepiej logistycznie jest odwiedzić najpierw Wat Pho.

Gdy studiowaliśmy mapę, podszedł do nas mężczyzna, który był legitymowanym wolontariuszem (miał plakietkę ze zdjęciem, imieniem, nazwiskiem i z napisem WOLONTARIUSZ), dlatego też wzbudził nasze zaufanie. Powiedział, że obecnie jest przerwa w Wat Pho i świątynia jest zamknięta. Możemy jednak wybrać się przykładowo na godzinną wycieczkę po rzece, która zabierze nas także na drugi brzeg do Wat Arun, a później możemy wrócić do Wat Php, gdy będzie już otwarte.

Brzmiało trochę podejrzanie. Byliśmy zdziwieni, ponieważ sprawdzaliśmy, że świątynie powinny być cały czas otwarte, nie wiedziałam nic o żadnej przerwie w czasie godzin zwiedzania. Powiedzieliśmy, że musimy to przedyskutować. Mężczyzna odpowiedział, że w porządku, że jest wolontariuszem i że nie chce nam niczego sprzedać. Jednocześnie ostrzegł nas, żebyśmy nie dali się oszukać właścicielom tuk tuków, którzy strasznie zdzierają na turystach. Jeśli będziemy potrzebować pomocy, to on może nam znaleźć tanio tuk tuka. A jeśli chcemy przepłynąć łódką, to musimy prosić koniecznie o „Thai ticket” inaczej dostaniemy o wiele droższy dla turystów.

Próbowałam sprawdzić te wszystkie informacje. Oczywiście, jak na złość, nie było zasięgu. Ostatecznie stwierdziliśmy, ze w sumie fajnie byłoby się przepłynąć, bo byliśmy bardzo zmęczeni po ponad 2h zwiedzania Grand Palace, a wydawało się, że facet faktycznie mówi prawdę. W końcu jest wolontariuszem, co nie?

Pan załatwił nam tuk tuka za 20 bht, który miał nas podwieźć do przystani i powiedział, że tam kupimy bilety na prom. Na miejscu zobaczyliśmy, że tuk tuk rozmawia z Panią od biletów i coś od niej dostaje  w łapę. Okazało się, że można wykupić sobie prom godzinny (w sumie nawet nie wiadomo dokąd :D), ale kosztował on 800 bht od osoby. Stargowaliśmy do 500bht i pani powiedziała, że absolutnie nie mamy nikomu nic mówić, bo normalnie bilety kosztują 1200bht i może mieć z tego powodu problemy od właściciela łodzi. Szybko wskoczyliśmy do łódki, przysiadła się do nas hinduska rodzina i popłynęliśmy w nieznane.

 

Zadowoleni, że mamy co robić w czasie zamknięcia świątyń i ze możemy trochę odpocząć, zaczęliśmy robić zdjęcia. Po chwili zaczęliśmy rozmawiać z hinduską rodziną. Po pierwsze okazało się, że oni również kupili bilet za 500 bht i że to także tajemnica. Co wiecej, powiedziano im, ze Wat Pho jest ogónie zamkniete, dlatego łódka ma ich zawieźć po godzinie pod Wat Arun. Odpowiedziałam, ze WOLONTARIUSZ nam powiedział, że jest otwarte, tylko jest jakaś przerwa, ale prawdopodobnie wszyscy zostaliśmy oszukani xD w końcu udało mi się sprawdzić na oficjalnej stronie, ze świątynia jest otwarta cały czas między 8 – 17. Nie wiemy, jak bardzo wolontariusz był w to wplątany i czy faktycznie był wolontariuszem, czy po prostu daliśmy się wplątać w jakiś mafijny plan, który miał na celu oskubać nas z pieniędzy.

Podczas „wycieczki” nie widzieliśmy niczego ciekawego. Parę świątyń z daleka, parę slumsów.

 

W pewnym momencie podpłynęły do nas starsze panie, które sprzedawały różne rzeczy ze swoich łódek, tzw. mini targ wodny. Założę się, że właściciel naszej łódki miał też z tego jakiś zarobek. Następnie podpłynęliśmy w miejsce, gdzie było dużo karpi i pewna pani sprzedawała bardzo drogi chleb dla tychże ryb. W tym miejscu także nic nie kupiliśmy. Pani była bardzo niezadowolona i prawdopodobnie zwyzywła nas po tajsku. Zaczęliśmy zawracać.

Po 20 min zauważyliśmy Wat Arun, jednak właściciel łodzi jakby jej nie dostrzegał i cały czas płynął przed siebie. Poprosiliśmy go, żeby się zatrzymał. Wydawał się zdziwiony, jednak w końcu zaczął skręcać do przystani. Na miejscu okazało się, że musieliśmy zapłacić po 40bht za osobę. Zaczęliśmy się o to wykłócać, bo myśleliśmy, że wszystkie koszta były doliczone do biletu i ostatecznie właściciele przystani zgodzili się za 40 bht za cała naszą czwórkę. Po tych wszystkich perypetiach w końcu dopłynęliśmy do Wat Arun.

Wat Arun

Wat Arun (Temple of Dawn) – lokalnie znana jako Wat Chaeng jest usytuowana na drugim brzegu od Grand Palace i Wat Pho. Chcąc tu przypłynąć, nie dajcie się naciągnąć na promy za kilkadziesiąt bahtów lub wycieczki tak jak my. Koszt przepłynięcia na drugi brzeg to 4bht, musicie tylko znaleźć publiczną przystań numer osiem, jest ona tuż za Wat Pho.

Bilety: 100bht dorośli

Godziny wejscia: 8:30-17:30

Wat Arun jest 70-metrową iglicą, która jest udekorowana małymi elementami szkła oraz chińskiej porcelany i można z niej podziwiać panoramę miasta.

Wat Pho

Inaczej nazywana świątynią odpoczywającego Buddy. Jest to największy obiekt sakralny w Bangkoku, znany przede wszystkim z 46-metrowego leżącego Buddy, którego ciekawym elementem są 5-metrowe stopy pokryte masą perłową.

W świątyni towarzyszył nam brzęk monet. Jak się okazało, tuż koło posągu jest 108 „garnuszków”, do których można wrzucać kolejno monety, prosząc Buddę o szczęście.

W Wat Pho są 4 kaplice, w których możemy zobaczyć łącznie aż 394 pozłacanych posągów Buddy – nam podobały się szczególnie wizerunki Buddy siedzącego w pozycji lotosu:

Co ciekawe, Wat Pho był pierwszym publicznym uniwersytetem w Tajlandii, który specjalizował się w takich dziedzinach jak nauka, religia i literatura. To właśnie tutaj usytuowana jest szkoła masażu, która jest uważana za jedną z najlepszych w mieście. Jeśli będziecie zmęczeni, to po kilkugodzinnym zwiedzaniu świątyń możecie udać się tutaj na tradycyjny masaż tajski.

Bilety: 100 bht (+ otrzymujecie gratis wodę)

Godziny wejścia: 8:00-17:30

Ze względu na zamieszanie z „wolontariuszem” zwiedziliśmy wszystkie świątynie w taki sposób, jednakże według przewodników najlepiej jest udać się do Wat Pho w drugiej kolejności.

Sky Bar

Po prawie 6 godzinach zwiedzania, stwierdziliśmy, że koniecznie musimy wybrać się do jakiegoś sky baru na zachód słońca. Nasz wybór padł na całkiem niedawno wybudowany wieżowiec Mahanakhon, który obecnie jest najwyższym budynkiem w Tajlandii – liczy on 314 metrów. W Bangkoku jest oczywiście bardzo dużo wieżowców i oprócz podziwiania panoramy miasta, możecie zjeść w takich miejscach także kolację, jednak dla nas najistotniejszym elementem był taras ze szklaną podłogą, który zrobił na nas piorunujące wrażenie.

Do Makanakhon dojechaliśmy z Khao San Road za 200 bht. Pamiętajcie, że zachód słońca w Bangkoku w lutym jest ok. 18:30 i że nawet o tej porze miasto jest dosyć zakorkowane. Nam odcinek 10 km zajał jakieś 25 min, więc na miejscu byliśmy równo o 18:15, czyli trochę za późno, żeby porobić wiekszą ilość fajnych zdjęć. Na miejscu kupiliśmy bilety na 78 piętro za około 100zł. Oczywiście bilety możecie także kupić internetowo tutaj: www.kingpowermahanakhon.co.th, jednak bez problemu zrobicie to na miejscu, ponieważ nie ma ograniczenia ilości osób na konkretną godzinę. Co ważne, możecie być na samej górze, ile dusza zapragnie.

Po kupnie biletów musicie udać się do punktu kontroli (nam zarekwirowali zapalniczkę i wodę, ale mogliśmy odebrać nasze rzeczy po wyjściu), następnie w ekspresowym tempie wjechaliśmy na 74 piętro, a później ruchomymi schodami na 78. Wrażenia? Niesamowite! Tak jak wspomniałam, oprócz wspaniałej panoramy miasta, możecie wejść także na taras ze szklaną podłogą. Niestety tylko w mało uroczych niebieskich lub czarnych „ochraniaczach” na buty. Jeśli chcecie zrobić sobie tam zdjęcie, musicie zostawić swoje rzeczy przed wejściem. Jeśli będziecie chcieli oprzeć się o szklaną balustradę, zostaniecie natychmiastowo upomnieni przez ochroniarza, który złowieszczo będzie świecił wam latarkę po twarzy 😉

Traveletter

Nie przegap dawki podróżniczych inspiracji i otrzymaj -10zł zniżki na ebooki!


Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.